Maturzystka: Przez 12 lat szkoła oceniała mnie — to teraz ja ocenię szkołę

Informatyczka zakazała mi prowadzenia zeszytu w pliku komputerowym – nie żartuję. Edukacja nie bazuje na rozsądku i humanizmie, tylko na wtłaczaniu programu do głów jakąś pierwotną siłą. Ale w tym koszmarze spotkałam niesamowitych nauczycieli – pisze Zofia Becker (rocznik 2004).

ZOFIA BECKER

„POLSKIEJ szkole wystawiam solidną trójkę z plusem, tylko dlatego, że są w niej szaleńcy, którym należą się wszystkie uwagi pozytywne i szóstki świata. Mam nadzieję, że zawsze to oni będą kształtować uczniowskie doświadczenie, i że za dziesięć lat gdy opadnie radość z opuszczenia szkolnych murów, będę ich wspominać tak samo dobrze jak teraz ” – pisze Zofia Becker *, która w 2023 roku zdała maturę w III LO im. Stefana Żeromskiego w Bielsku-Białej.

Oto jej niezwykłe świadectwo:

Nie będzie to 95 tez przybitych do drzwi ministerstwa edukacji.

Przed chwilą ukończyłam liceum ogólnokształcące, co oznacza, że dwa razy więcej życia spędziłam w szkole niż poza nią. Po tych dwunastu latach, mam to i owo do powiedzenia. Przepchnięta przez reformę edukacji, zdalne nauczanie i Bóg wie co jeszcze, czasami myślę, że zamiast debaty z kuratorami i ministrami lepszy byłby mecz bokserski.

Odwzorowałby bowiem to, czego się już chyba wszyscy dawno nauczyliśmy —

edukacja nie bazuje na rozsądku i humanizmie, tylko na wtłaczaniu programu do głów jakąś pierwotną siłą.

Trudno nie pomyśleć, że starsze pokolenie uważa, że skoro oni w szkole cierpieli, to my też powinniśmy. Tak żeby nikt nie był zbyt szczęśliwy, bo tego się w tym kraju bardzo nie lubi.

Często słyszę, że szkoła nie jest nawet w połowie tak opresyjna, jak była dwadzieścia czy czterdzieści lat temu. Jednak czy naprawdę chcemy podnosić taki argument? Czy w epoce ciągłych przemian technologicznych i społecznych chcemy usprawiedliwiać archaiczność systemu szkolnictwa tym, że jeszcze pokolenie moich rodziców było w szkole bite?

Pięć absurdów w szkolnym kosmosie

Absurdem jest, gdy uczeń spędza kilka godzin tygodniowo na informatyce, wałkując narzucony podstawą program, który lata temu wyszedł z użycia, podczas gdy po powrocie do domu ma dostęp do wirtualnych bibliotek uniwersyteckich czy bezpłatnych kursów programowania.

Absurdem jest to, że spędzałam około ośmiu godzin tygodniowo na przedmiotach ścisłych, przez trzy lata nie przeprowadziwszy więcej niż kilku doświadczeń.

Absurdem jest nauczyciel, który ignoruje informatory CKE do miesiąca przed maturą, bo przygotowywał maturzystów na podstawie tego samego podręcznika od lat.

Absurdem jest brakuje elastyczności i umiejętności dostosowania się do zmieniającego się świata oraz nowych technologii, z których młodzi korzystają na własną rękę, często wnosząc je do klasy.

Absurdem jest nie korzystanie z uczniowskich zasobów, które bez wątpienia wzbogacają lekcje.

W tej ostatniej sprawie – jednym z moich najbardziej pozytywnych licealnych doświadczeń były semestralne projekty z angielskiego. Dowolna forma, dowolny temat — od komiksu po internetową broszurę, od mitologii celtyckiej po gospodarkę krajów członkowskich UE.

Nie tylko dało nam to możliwość odzwierciedlenia zainteresowań i zarobienia na tym ważnej oceny, ale też umożliwiało podzielenie się pasjami oraz umiejętnościami i zaistnienie na chwilę w szkolnej zupie nijakości jako indywidualne, niosące ze sobą bogate doświadczenia komórki.

Można to porównać do formowania się Wszechświata i tych wszystkich luźnych, krążących bez celu cząsteczek, które zderzając się ze sobą utworzyły pierwsze atomy, a w końcu materię wszystkiego, co nas otacza. Może zamiast rozdzielać te związki, warto byłoby dać im więcej okazji do zderzenia?

Kiedy umarł mi ojciec

Momentem, który obnażył przede mną ogromny problem z relacjami uczeń – nauczyciel, była śmierć mojego ojca i reakcje środowiska szkolnego (które były, delikatnie mówiąc, mieszane). Nauczycielka, którą o fakcie poinformowałam, skomunikowała się z moją wychowawczynią, która bez niepotrzebnego retraumatyzowania mnie wkroczyła do akcji, informując grono pedagogiczne, że potrzebuję teraz czasu i wyrozumiałości, oraz pozostawała na linii ze mną w kwestii moich potrzeb.

Wyrozumiałość okazuje się być pojęciem niejednorodnym, bo dla jednych oznaczała, że nie będą maltretować mnie odpowiedzią ustną, a sprawdzian z modernizmu może tydzień czy dwa poczekać, dla innych – że

pała za brak zadania domowego obowiązuje zawsze (nawet tuż przed pogrzebem).

Rozumiem, że jak się ma pod opieką połowę rocznika, to trudno zapamiętać imię ucznia, a co dopiero takie rzeczy, zresztą jeden z moich mądrych nauczycieli starał mi się to jakoś wyjaśnić, że mogą po prostu nie wiedzieć, jak reagować w takich sytuacjach.

Długo się później zastanawiałam, co z tym fantem zrobić, czy jakiś protokół postępowania, czy szkolenia z wrażliwości, czy jakaś inna, pożal się Boże, biurokracja (którą tak jako kraj lubimy)? Prawdę mówiąc, nie wiem.

Jednak coś, co sobie uświadomiłam, to że skoro nauczyciel czy nauczycielka pobocznego przedmiotu, nie zadając sobie trudu zapamiętania mojej twarzy wymaga, bym spełniała wygórowane wymagania edukacyjne, często zakładające więcej pracy w domu niż moje wiodące przedmioty, to ja mam prawo wymagać, by był/a wobec mnie przynajmniej w porządku.

Może to jest najlepsza recepta, wykraczające poza temat edukacji —

nie musimy być idealni, nie możemy być okrutni. Bądźmy wobec siebie po prostu w porządku.

Nauczyciel też człowiek. Ale człowiek dorosły

Co płynnie przenosi mnie do innego uporczywie powracającego przez moją edukację zagadnienia, czyli przysłowiowego “nauczyciel też człowiek” (przyznam, sprawdzałam — nawet najgorsi mają jednak w butach stopy, a nie kopyta). Nauczyciel może być zmęczony. Nauczyciel może mieć gorszy dzień. Nie zapominajmy jednakże, że nauczyciel to dorosły, a dziecko to… No cóż, dziecko.

Pan Korczak się pewnie teraz na mnie bardzo gniewa. Szesnasto- czy siedemnastoletniej latorośli wbrew metryce bliżej do dziecka niż do dorosłego. I dobrze.

Na bycie dorosłym ma się całe życie. A dorosłego świętym obowiązkiem jest być dojrzalszym i mądrzejszym, a nie werbalnie przemocowym. Nieważne, jak zły dzień ma. Z ręką na sercu mówię, że prawie żadnego nauczyciela nie obchodziło, czy mam gorszy dzień. Młodzież jest okropna i w życiu nie mogłabym pełnić profesji nauczycielskiej, bo bym głowy pourywała.

Ale powtórzę to jeszcze raz: nauczyciel jest dorosłym i powinien być wyposażony w narzędzia regulacji emocjonalnej i postępowania w sytuacjach dyskomfortu, a nie w narzędzia emocjonalnej przemocy i obniżania ocen za to, że dziecka “nie lubi”. Wymaga się od nas dojrzałości od pierwszego dnia szkoły średniej, a od kogo mamy się jej uczyć?

Proponuję może nie rewolucyjną, ale chyba zapomnianą frazę: dziecko też człowiek.

Oraz kolejny truizm: dziecko nauczycielowi powinno ufać, a nie się go bać.

Stosunek nauczycieli, do których zwróciłabym się z prośbą o pomoc, do nauczycieli, z których lekcji systematycznie uciekałam, świadczy na korzyść tych drugich. Jednak, na szczęście, to dzięki tym pierwszym do szkoły przychodziłam — i w ostatecznym rozrachunku to okazuje się ważniejsze.

Wypłata za aktywność, czyli absurd ocen z zachowania

Aktywność w szkole jest przede wszystkim transakcją, którą można wymienić na punkty z zachowania i dodatkowe oceny. Do tego, okazuje się, że aktywności mają swoją hierarchię. Przykładowo, olimpiada ekonomiczna zapewnia uczniowi ogólnoszkolne uznanie, olimpiada wiedzy o mediach — już nie. Sporadycznie uczęszczane szkolne koło Caritas “daje” więcej niż działalność w organizacji pozarządowej.

Może osoby odpowiedzialne za kreowanie takiej hierarchii nie zdają sobie sprawy, jak ogromne podziały tworzy między uczniami, którzy spędzają całe liceum na pościgu za osiągnięciami.

W klasie maturalnej objęłam kadencję w Młodzieżowej Radzie Miasta, której dobre 70 procent członków przychodziło na sesje tylko ze względu na zwolnienie z dnia lekcyjnego i możliwość wpisania sobie tego do CV.

Jasne, możemy mówić o kryzysie wartości, wzrastającej interesowności i materializmie wśród coraz młodszych pokoleń. Ale czy to nie szkoła nas tego uczy?

Jakim absurdem są oceny z zachowania oparte na punktach!

Przyniesienie ciasta na kiermasz stawia ucznia wyżej moralnie od rówieśnika, który tego ciasta nie przyniósł, nawet jeśli pierwszy obśmiewa innych w internecie albo podkrada pieniądze klasowe. Nauczyciel nie ma wglądu w to, co uczeń robi poza szkołą czy w sieci, to jedno, ale wielokrotnie zwyczajnie przymyka się oko, bo to takie “dobre dziecko”, a przez “dobre” zawsze ma się na myśli bezproblemowe, niewyróżniające się i z porządną średnią.

Każda z osób, przez które płakałam po powrocie do domu, miała zachowanie dobre, bardzo dobre lub celujące.

Myślę, że szkoła nie powinna mieć prawa ewaluacji ucznia jako osoby, zwłaszcza przez to, jak chętnie używa argumentu, że oceny cząstkowe z przedmiotów zależą tylko od naszego wkładu w 45 minut, które spędzamy razem, nie od tego, jakimi jesteśmy ludźmi, jak się staramy i jakie mamy trudności.

Dlatego też zawsze będę postulować ideę ocen opisowych zamiast liczbowych.

Wielokrotnie sprawdzian z przedmiotu, z którym się nieludzko zmagałam, wracał do mnie tylko z czerwoną, kulfoniastą cyfrą w prawym górnym rogu, bez żadnego komentarza ani nawet zaznaczenia błędów, o zapisaniu prawidłowego rozwiązania nie wspominając.

Komórka używana na polskim. Wspaniały wyjątek

Podoba mi się zmieniające się podejście indywidualnych nauczycieli do technologii, często nieoczekiwane, bo ze strony starszych pedagogów. Przychodząc do liceum sama miałam wpojone w podstawówce pojęcie, że telefon powinien być dostępny tylko podczas przerw, i to poza wzrokiem nauczyciela (co mija się z celem w walce z uzależnieniem dzieci od elektroniki, ale to osobny temat, którym zajmują się ludzie mądrzejsi ode mnie).

Jakie było moje zdziwienie, gdy na polskim powiedziano nam, że

skoro już mamy komórki, to będziemy ich używać: czy to do sprawdzenia pojęcia, czy odnalezienia uzupełniającego temat tekstu.

Udostępnianie prezentacji jako narzędzia do robienia notatek, korzystanie z internetowych źródeł wiedzy przygotowanych i zaaprobowanych przez nauczyciela, akceptowanie źródeł internetowych w bibliografii prac semestralnych — to wszystko było dla mnie ogromną pomocą.

Jednak to tylko adaptacja nielicznych jednostek, bo szkoła systemowo ma zupełnie nieadekwatną politykę dotyczącą technologii. Program lekcji informatyki w liceum — dwa lata pracy z Excelem i wpisywania ręcznie formuł, których mieliśmy się wyuczyć na pamięć, oraz prowadzenie papierowego zeszytu z rysunkami pomocniczymi.

Nie żartuję — jedna z nauczycielek informatyki zakazała prowadzenia zeszytu w pliku komputerowym.

Stary sprzęt, który psuje się na każdej lekcji, bo dotacje z ministerstwa są śmieszne. Odnosiłam wrażenie, że programy szybciej wychodzą z użycia, niż my uczymy się z nich korzystać.

Chłopakom się więcej wybacza, czyli szkoła seksistowska

Do tego może temat dość drażliwy, ale wciąż ważny: szkoła pozostaje seksistowska. Zaczęłam to odczuwać w podstawówce, gdy “za karę” sadzano ze mną, piątkową uczennicą, niegrzecznych chłopców z nadzieją, że ich jakoś naprawię, bez troski o mój komfort i o to, czy ja w ogóle chcę brać odpowiedzialność za drugiego człowieka. Bazgranie jest złe, ale gdy dziewczynka bazgrze, jest jeszcze gorsze. Nieobecności też są złe, ale chłopcom można je wybaczyć, podczas gdy moja (znacznie wyższa) frekwencja nie upoważnia mnie do zrobienia prezentacji na wyższą ocenę, którą robi niedbały i niechlujny kolega.

Szkoła na wybory. Zamiast bzdur typu „seksualizacja dzieci” zapraszamy na rozmowę serio o polskiej szkole jako źródle cierpień, ale także nadziei. Korzystamy z 10 postulatów Obywatelskiego Paktu dla Edukacji, kompleksowego projektu naprawy (patrz- na koniec tekstu). To ma być szkoła nowoczesna, zdemokratyzowana, otwarta na Polskę i świat, twórcza, szkoła myślenia, a nie kucia, współpracy, a nie wyścigu szczurów. Polityczki i politycy prodemokratycznej opozycji deklarują poparcie Paktu, ale tylko obywatelski nacisk w kampanii wyborczej może sprawić, że edukacja zostanie potraktowana przez przyszłe rządy tak, jak na to zasługuje.

W cyklu „Szkoła na wybory” współpracujemy z koalicją SOS dla Edukacji.

Nigdzie częściej niż w szkole nie słyszałam, że dziewczynki szybciej dojrzewają, co budzi pytanie, czy primo, szkoła tego od nich nie wymaga, secundo, nie jest bardziej łaskawa wobec chłopięcej nieodpowiedzialności.

Może dziewczynkom, zwłaszcza tym, które są z tego okropnego gatunku grzecznych, zdolnych i ułożonych (co nie zapowiada w przyszłości niczego dobrego dla ich zdrowia psychicznego), nakazuje się dorastać za szybko oraz “przyzwyczajać się” do znoszenia ekscesów kolegów, które będą się ciągnąć daleko, daleko w dorosłość.

W mojej podstawówce, która była publiczną szkołą rejonową uczęszczaną przede wszystkim przez dzieci z ubogich, często patologicznych rodzin, panował zblazowany stosunek do tak zwanych ekscesów. Mam przez to na myśli, że

chłopcom wolno było dziewczynki “macać” pomimo skarg, można było je wyzywać w sposób wulgarny nawet przy nauczycielach.

Problem zaczął się jakoś wraz z pokwitaniem i próbowałam dociec, jak to się stało, że w końcu ucichł, ale prawda jest taka, że się po prostu przyzwyczaiłyśmy.

Spotkałam wreszcie nauczycieli z pasją

Mój polonista narzekał, że okropna ze mnie maruda, więc tak na drugą nóżkę (jak to z kolei zwykła mawiać moja wychowawczyni): gdybym nie poszła do renomowanego liceum znanego z wysokich wymagań, nie rozwinęłabym pewnie moich pasji i talentów w stopniu, w którym mogę pochwalić się dzisiaj. Nie dlatego, że mam jakąś masochistyczną przyjemność z rozwiązywania arkuszy z historii albo dziewięćdziesięciu stron parafraz z angielskiego (bo nie mam), lecz dzięki temu, że poznałam tam ludzi z ogromną pasją i zaangażowaniem.

Uświadomiło mi też to, że tak jak oczekujemy od lekarza holistycznego podejścia do naszego ciała, tak od szkoły powinniśmy oczekiwać holistycznego podejścia do ducha.

Sama wiedza nie jest wystarczająca, samo czytanie książek nie czyni z nas erudyty. Do tego potrzeba umiejętności krytycznego myślenia, aplikowania znanych pojęć do pochłanianego tekstu, rozumowej analizy naszych doświadczeń.

Najwspanialsze w lekcjach historii były żarty, luźno wywiązujące się dyskusje i uporczywe starania nauczycielki (a zarazem mojej wychowawczyni), byśmy zrozumieli mechanizmy rządzące biegiem historii i umieli się im oprzeć. Nigdy nie przeczytałabym tylu książek, gdyby nie oczekiwanie na pierwszą lekcję dotyczącą danej lektury, podczas której omawialiśmy “czy się podobało, czy nie, i dlaczego” — z czego “dlaczego” zawsze było najważniejsze. Będę się jednak upierać, że bycie marudą to też jest tylko objaw krytycznego spojrzenia.

Podręcznik do chemii wydaje mi się zbrodnią

Szkoła średnia przestała być dla mnie katorgą dopiero w klasie maturalnej, gdy z mojej siatki godzin (na profilu humanistycznym) zniknęły przedmioty ścisłe. Problemem w ich przypadku nie był nawet program (chociaż podręcznik z chemii wydawał mi się zbrodnią), tylko podejście nauczycieli, których przeładowano ilością uczniów na “podstawie”, czyli poziomie podstawowym, i którzy swoją frustrację wielokrotnie wyładowywali na nas.

W moim przypadku, gorsze oceny były zawsze powiązane z tym, kto mnie uczył, przez co na jednym przedmiocie leciałam na minimalnej frekwencji i dwójach, a na innym — na szóstkach. Nauka oparta na zadaniach z końca rozdziału w podręczniku oraz represji przy tablicy nie przynosi długotrwałych efektów nie tylko dla stanu wiedzy młodego człowieka, ale przede wszystkim dla jego zaangażowania.

Gdy czułam, że jestem na lekcji mile widziana, że wymaga się ode mnie adekwatnie do tego, co mi się przekazuje, skomplikowane zagadnienia stają się przyjemne. W siódmej klasie po raz pierwszy wróciłam do domu z trójką na świadectwie, z chemii, która do końca edukacji była moim najgorszym koszmarem.

Często zmieniała się u nas kadra i nie inaczej było tym razem, gdy na pierwszej lekcji chemii w ósmej klasie powitała nas nowa nauczycielka, która na lekcje przynosiła odczynniki, plastelinę, z której lepiliśmy modele atomów pierwiastków poznawanych z układu okresowego, a na przerwie można było z nią porozmawiać o życiu ślimaków (do dzisiaj nie wiem, jaki to miało związek). Na świadectwie ukończenia szkoły podstawowej miałam już dumną piątkę. Czy oznaczało to, że mój mózg nagle rozszerzył się i zaczął pojmować nieznane wcześniej obszary? Niekoniecznie, chociaż rzeczywiście tego, co z chemii rozumiem, nauczyłam się wtedy bądź na własną rękę.

Coś, co okazuje się stanowić różnicę, to zasady oceniania i stawiane wymagania.

Nie bałam się zgłaszać do tablicy ani zadawać pytań, bo błędy nie były karane, ale aktywność była nagradzana. Był to raczej wyjątek w mojej ścieżce edukacyjnej.

Jeszcze jeden przykład: w podstawówce uczyłam się rosyjskiego, w liceum musiałam wybrać między francuskim i niemieckim, z których nie znałam ani pół słowa. Wybrałam francuski i szybko stał się najbardziej stresującą lekcją w moim planie. W drugiej klasie przeniosłam się na niemiecki, gdzie miałam kochaną, cierpliwą i zabawną Panią. Do końca pierwszego semestru, do tego prowadzonego zdalnie, umiałam więcej języka niż po roku francuszczyzny. Nie chcę ewaluować, kto “lepiej” albo “gorzej” uczy, ale nie miałabym takich wyników gdybym nie czuła, że chcę być tak samo w porządku wobec pani z niemieckiego jak ona jest wobec mnie, gdybym nie czuła, że nauka języka może być zabawna i gdybym nie wiedziała, że ktoś się cieszy i jest dumny z każdego, najdrobniejszego postępu.

Stawiam 3+, bo w tym koszmarze spotkałam niesamowitych nauczycieli

Pora na obiecaną ocenę, której nikt jeszcze nie uniknął, może poza kilkoma zagubionymi referatami. Szkoła była miejscem, która doprowadzała mnie regularnie na skraj rozpaczy, ale jednocześnie miałam w niej wspaniałych nauczycieli, którzy rozumieli, że są od swoich “dzieci” mądrzejsi i że potrzebują tę mądrość przekazać.

Szkoła podstawowa była koszmarem, liceum przez dużą część też, ale miałam niesamowite szczęście poznać niesamowitych ludzi, dla których to, co wnosiłam do ich klasy było ważne, nawet jeśli nie dało się zmierzyć ocenami.

Chciałabym, żeby to jednostki tworzyły system edukacji, ale niestety tak nie jest. On jest tylko do ostatecznego osądzenia i przerobu. Ale tkankę szkolną poza będącymi utrapienie dla wokół oraz siebie nawzajem uczniami tworzą nauczyciele.

Chcę nauczycielom powiedzieć: bądźcie dobrzy, bądźcie sprawiedliwi, nie wymagajcie od dzieci więcej, niż wymagacie od siebie. Bądźcie po prostu w porządku.

Gwarantuję Wam, że to Was będą wspominać, a nie osiągnięte wyniki matur i wysoką średnią. Polskiej szkole wystawiam solidną trójkę z plusem, tylko dlatego, że są w niej szaleńcy, którym należą się wszystkie uwagi pozytywne i szóstki świata. Mam nadzieję, że zawsze to oni będą kształtować uczniowskie doświadczenie, i że za dziesięć lat gdy opadnie radość z opuszczenia szkolnych murów, będę ich wspominać tak samo dobrze jak teraz.

Obywatelski Pakt dla Edukacji. Aż pięć postulatów oczami uczennicy. Najbardziej brakuje traktowania po ludzku

Tekst Zofii Becker w naszym cyklu „Szkoła na wybory” stanowi kompleksową recenzję edukacji, w której buntuje się ona przeciwko szkole według zabytkowego modelu uczenia bez eksperymentowania, bez zrozumienia, bez zaangażowania, za to z wciskaniem ideologicznego kitu. Najważniejszym brakiem jest jednak brak wsparcia, zrozumienia i traktowania po ludzku uczniów i uczennic, co blokuje ich rozwój. Tekst maturzystki 2023 stanowi uczniowską wersję postulatów zmiany edukacji, swego rodzaju Pakt dla Edukacji z perspektywy młodych ludzi. Zaznaczyliśmy aż cztery postulaty (4., 5., 7., 8. i 10.), do których odnosi się tekst autorki.

Zofia Becker
W 2023 roku ukończyła III Liceum Ogólnokształcące im. Stefana Żeromskiego w Bielsku-Białej. Mówi o sobie, że lubi czytać książki dawno nie żyjących panów (i pań), oglądać dziwne filmy i rysować. No i oczywiście pisać. Podkreśla, że korzenie jej rodziny sięgają niemieckiego Śląska i białoruskiej granicy.

Spis treści